Targi Kielce Jazz Festiwal

Uwaga

Wokół dorobku Milesa - ranking Artystów i Przyjaciół Festiwalu

Tytan pracy i perfekcjonista. Przeżywszy 65 lat Davis pozostawił po sobie ok. 120 albumów, w tym 51 studyjnych. Wiele z nich zmieniło reguły gry i wskazało w którą stronę ma iść jazz. Opanowanie znajomości dyskografii Milesa jest rzeczą niezmiernie wymagającą. Łączy się jednak z dużym prawdopodobieństwem nawiązania nierozerwalnej przyjaźni z poszczególnym albumem.  

miles-davis-poster

Wychodząc z założenia, że dobrze dyskutować jest gustach, poprosiliśmy Artystów tegorocznej edycji Memoriału oraz Przyjaciół Festiwalu o wskazanie płyt Milesa, która zajmują szczególne miejsce w ich życiu. Prośba o wyselekcjonowanie najlepszej płyty w dorobku Davisa mogłaby dać podobne odpowiedzi w większości przypadków. Stąd pytanie postawiliśmy nieco odmienne, licząc, że zachęcimy ankietowanych do chwili refleksji: „Która z płyt Milesa jest dla Ciebie najcenniejsza?” 

 

Miles In The Sky

miles in the sky

 

Miles in the Sky, to jedna z moich ulubionych płyt Milesa Davisa, którą nagrał ze swoim drugim kwintetem w 1968 roku. Słychać tu wyraźną różnicę między pierwszym kwintetem, który grał raczej jazz tradycyjny. W przypadku tej płyty usłyszeć można zalążki muzyki elektronicznej oraz jazz - rockowej. Wspaniałe, złożone kompozycje, które przede wszystkim grane są w regularnym metrum pozwalają muzykom na swobodne, nowoczesne i interakcyjne improwizacje. Wszyscy muzycy podczas sesji nagraniowej byli w rewelacyjnej formie co słychać przede wszystkim w utworze "Black Comedy", który mamy zamiar wykonać podczas tegorocznego festiwalu.

Michał Szkil


Bitches Brew

 

bitches brew

 

Zawsze zachwycam się Bitches Brew - sztandarowym albumem fusion jazzu lat siedemdziesiątych. W pionierskim projekcie Milesa Davisa wspomagał zespół genialnych muzyków, którzy brzmienie muzyki zbudowali o oparciu o elektryczne fortepiany, gitarę, pulsujący Fender bas. Choć podwójny LP zawierał  tylko sześć kompozycji to  album ten uznawany jest za jeden z przełomowych albumów w historii jazzu  i traktowany jako  pionierski album  i szablon dla fusion - jazzu. To właśnie w muzyce z Bitches  Brew ekscentryczność Davisa  precyzyjnie  wmontowana została w  pop kulturę i postawiła artystę w  pozycji  wybitnego  jazzmana,  kompozytora,  aranżera,  lidera i  wreszcie jazzowego symbolu i celebryty. Davis był zawsze artystą bezkompromisowym i niezależnym, ale frontalne wprowadzenie fusion-jazzu-rocka do skarbnicy  muzycznej zdecydowało o jego niepodważalnej roli wielkiego innowatora.

Dionizy Piątkowski, autor polskiej Encyklopedii Jazzu

 

In a Silent Way

in a silent way

 

Moim ulubionym albumem Milesa jest In a Silent Way, a moją ukochaną piosenką jest tytułowy utwór z płyty.  To świetna kompozycja Joe’a Zawinula, wracam do niej bardzo często. Jeśli słuchasz oryginalnej (pierwotnej) wersji, „In a Silent Way” jawi Ci się niemal jako piosenka ludowa, z bardzo wyraźną melodią. Brzmienie albumu jest bardzo urokliwe i charakterystyczne. Można je przyrównać do leśnej wędrówki, z dala od cywilizacji i zgiełku. Twoje ucho wyłapuje dźwięk szumu drzew, szelest zwierząt w trawie, szum owadów, śpiew ptaków, nawet własny oddech i ślady kroków. Wszystko brzmi perfekcyjnie – to symfonia prowadzona przez niewidoczną siłę. In a Silent Way ma w sobie magię, wolność i świeżość. To dary dla świata i każdego prawdziwego fana muzyki, których powinniśmy być właścicielem.   

 Leni Stern

 

Kind Of Blue

kind of blue 1

 

 W roku 1955 roku Miles Davis tworzy pierwszy kwintet: John Coltrane – ts, Bill Evans – p, Paul Chambers – b i James Cobb – dr, a pod koniec lat 50. powiększa go o grającego na saksofonie altowym - Juliana „Cannonballa” Adderleya i w takim mistrzowskim sekstecie nagrywa dwie wielce znaczące dla rozwoju muzyki jazzowej płyty: Milestones  i  Kind Of Blue.

 Szczególnie Kind Of Blue, z sierpnia roku 1959, zaważyła na estetyce brzmienia i sposobie snucia dźwiękowych opowieści przez wielu innych twórców. Tylko pięć tematów, nagrań powstałych „prawie za pierwszym podejściem” z paru motywów, kilku zwrotów harmonicznych, przemożnych wpływów bluesa, chęci zagrania „czegoś na sześć” czy hiszpańskich fascynacji.

 „So What”, „Freddie Freeloader” (tu Wynton Kelly na fortepianie), “Blue in Green”,  “All Blues”, “Flamenco Sketches” – gra gigantów, objawiających światu koncepcję improwizacji modalnej - emanuje wolnością, a Miles Davis staje się postacią twórczo dominującą w świecie jazzu.

 W tych nagraniach zaczął używać metalowego tłumika do swojej trąbki uzyskując słynne, wielce charakterystyczne brzmienie instrumentu. Nie tylko ono każe mi co jakiś czas sięgać po tę, pełną także altowych, tenorowych, czy fortepianowych perełek, płytę.

 Leszek Ślusarski, gitarzysta, dziennikarz Radia Kielce  

 

Miles Smiles

miles smiles

 

Moim ulubionym albumem Milesa Davisa jest Miles Smiles wydany w 1967 roku przez Columbia Rec. To drugi z pięciu krążków słynnego akustycznego kwintetu Davisa z Wayne Shorterem, Herbie Hanckockiem , Ron Carterem i Tony Wiliamsem.
Tak się złożyło, że kupiłem tę płytę w Kielcach w tamtejszym EMPIKU, gdy miałem 15 lat. Była to piracka kopia wydana - zresztą jak mnóstwo innych amerykańskich nagrań -przez radziecką wytwórnię fonograficzną "MIEŁODIA" i dostępna w krajach Układu Warszawskiego , w tym również w komunistycznej Polsce Ludowej...Słuchałem jej tysiące razy, kopiując, naśladując...Zdarłem ją doszczętnie!!Genialna, ponadczasowa muzyka....To jeden  z tych albumów, które wywarły największy wpływ na moją twórczość..Ironią losu w czystej postaci jest fakt, że radzieckie, nielegalne wydawnictwo pomogło mi w wyborze muzycznej drogi..Ha, ha...

Włodek Pawlik

 

Someday My Prince Will Come

someday my prince will come

 

Są dwie płyty Davisa, które wstrząsnęły światem jazzu. Pierwsza z nich to oczywiście Kind of Blue, która artystycznie i komercyjnie odniosła niebywały sukces. Druga płyta to dwa krążki zatytułowane Bitches Brew, otwierające świat jazzu na rock.

 To płyty genialne, jednak dla mnie ulubioną płytą (koniecznie winylową) jest Someday My Prince Will Come, na której obok Davisa grają m. in. John Coltrane, Wynton Kelly czy Paul Chambers. Szczególnie 9-minutowy utwór tytułowy jest niezwykle poruszający. Na zmianę trąbka Davisa i saksofon Coltrane’a wypłakują swoją samotność, a sekcja rytmiczna jak wahadło ściennego zegara wbija się w głowę słuchacza.  

Wojciech Lubawski, Prezydent Kielc

 

Tutu

miles tutu

 

Tutu jest bardzo bliska mojemu sercu przede wszystkim z uwagi na brzmienie Marcusa Millera. Jest to wyjątkowa płyta, także w historii polskiego jazzu - gościnnie wystąpił na niej Michał Urbaniak. Darzę ją wielkim sentymentem, gdyż utwory na niej zawarte, były grane podczas koncertu Milesa Davisa, w którym miałem przyjemność uczestniczyć (Sala Kongresowa, 1987 r.).

Andrzej Mochoń, Prezes Targów Kielce

 

Ascenseur pour l'échafaud (Windą na szafot OST)

winda na szafot

 

Zdecydowanie ścieżka dźwiękowa z filmu „Windą na szafot”. Nie ma tam, mimo ciągłej improwizacyjnej jazdy, żadnej inwazyjności, żadnego wdzierania się butami do podświadomości, żadnej próby dominacji nad ciszą. Jest tylko finezja, cudowne dostojne acz leniwe i odlecone towarzyszenie. To coś jak dobrze ułożony pies. Jest, ale dopóki nie ma wyraźnej potrzeby, to tak jakby go nie było. Siła tej płyty - spokój i tajemnica.  

Marek Tercz, poeta związany ze Sceną Autorską „Studio”

 

 

Live Around The World

around the world

 

Co do rankingu to wszystkie te płyty cenię, szczególnie Kind Of Blue, którą znam na pamięć, słuchałem jej ponad 100 razy i spisywałem z niej prawie wszystkie solówki Milesa ucząc się ich na pamięć;) Moją ulubioną płytą Davisa będzie ta, na której się wychowałem - Live Around The World z 1996 wydana więc już 5 lat po jego śmierci. To zbiór występów live z okresu 1988-91. No i na niej ulubione solo, do którego wraca się po wielokroć - Kenny Garretta z utworu „Human Nature”.

Milesa cenię najbardziej za jego płyty z lat 50' i 80' właśnie. Na nich się chowałem i je znam najlepiej. W drugiej kolejności lata 60' i 40' nawet, a więc The Birth of The Cool z moim ulubionym utworem z tej płyty – „Boplicity”. Z tytułów zwycięskich w rankingu, poza samą płytą Kind Of Blue, najbardziej utkwił mi w pamięci utwór – „In A Silent Way”, autorstwa Joe Zawinula. Miles wprawdzie zupełnie zmienił pierwotną kompozycje Zawinula zostawiając samą melodię i dorabiając do niej własny klimat, ale może właśnie dlatego tak bardzo mi się ona podoba. Transowa, tajemnicza i magiczna zarazem w iście uwodzicielski sposób. Wspaniała. 

Piotr Schmidt

 

We Want Miles

we want miles

 

 W 1981 roku, po ponad pięcioletniej przerwie w swym życiu artystycznym, Miles Davis rozpoczął kompletowanie zespołu do swojego come backu. Z początkowo wieloosobowego bandu wyłoniło się ostatecznie combo, w którego składzie w roli gitarzysty znalazł się wykształcony muzycznie, młody, ale obecny już od kilku lat na scenie (m.in. Blood, Sweat and Tears, zespół Billy’ego Cobhama), Mike Stern.

 Co prawda Miles Davis zapraszał już wcześniej do współpracy gitarzystów, w tym choćby Johna McLaughlina, który miał okazję na przełomie lat 70-tych i 80-tych współuczestniczyć w tworzeniu przez Milesa podwalin stylu fusion, jednak dopiero udział Mike Sterna w nagraniach do płyty The Man With the Horn z 1981 oraz serii koncertów w Nowym Jorku oraz Tokio, otworzył nowy rozdział w historii roli gitary w muzyce jazzowej.

Ze swoimi długimi włosami oraz używanym wówczas Fenderem Stratocasterem (obecnie niemal wyłącznie sygnowany własnymi inicjałami, wykonany na wzór Fendera Telecastera, model Yamaha Pacifica 1511MS), Mike Stern wyglądem absolutnie nie wpasowywał się w tradycyjnie pojmowany wizerunek muzyka jazzowego. Podobnie jego brudne brzmienie gitary oraz sposób gry, momentami atonalny, a w partiach solowych często nieproporcjonalnie do reszty instrumentów w zespole głośny, odbiegały od tego, do czego przyzwyczajeni byli słuchacze jazzu, w tym również gitarowego. Być może wybór na etatowego gitarzystę swojego zespołu osoby tak wyróżniającej się wśród tłumu sobie podobnych gitarzystów jazzowych był wynikiem chęci zadośćuczynienia przez Milesa swym niespełnionym aspiracjom współpracy z Jimi Hedrixem, do której rzekomo miało dojść, gdyby losy tego drugiego nie potoczyły się inaczej.

Właśnie wynikiem koncertów z roku 1981 jest wydana rok później płyta "We Want Miles", która dokumentuje atmosferę współpracy muzyków w nowym, odmłodzonym składzie.

Niejako osią płyty jest utwór "Jean-Pierre", kompozycja o temacie przywołującym na myśl prostą dziecięcą melodyjkę, stanowiącym tak naprawdę punkt wyjścia dla improwizacji Milesa oraz muzyków zespołu, w tym Mike'a Sterna, którego partia solowa w otwierającej płytę wersji utworu (kompozycja pojawia się na płycie dwukrotnie) należy do dziś do znaków rozpoznawczych stylu gitarzysty. Sam "Jean-Pierre" wszedł na stałe do repertuaru Sterna, pojawiając się także na wydanej przez niego 10 lat później płycie "Standards".

Od 1982 roku rolę gitarzysty w zespole Davisa przejął John Scofield, który niejako wygładził i uspokoił drapieżny klimat, jaki swą niepokorną gitarą do fusion Milesa Davisa wniósł Mike Stern. Jedynym oficjalnie wydanym albumem koncertowym, pozwalającym na wgląd w ten krótki, ale bardzo istotny okres współpracy gitarzysty z Davisem, jest właśnie płyta We Want Miles, którą serdecznie polecam. 

Arek Bednarski, gitarzysta, pracownik Sklepu z Muzyką www.FaN.pl